niedziela, 6 listopada 2011

11. O starych fotografiach.

Pamiętasz, kiedy zrozumiałaś, że Ci się zmienia ciało?

***

Myślę, że miałam wtedy jedenaście albo dwanaście lat. Wyciągnęłam bluzkę z szafy, wsunęłam ręce w rękawy, hop i – bluzka mnie nieprzyjemnie opięła w ramionach i pod pachami. Później spódnica – o palec za wąska w pasie, a przed chwilą jeszcze przecież całkiem. Spodnie z nogawkami przed kostki. Rajstopy kończące się nad kolanami. Z okresu dojrzewania pamiętam pęczniejącą świadomość siebie-goliatki w kraju lilipucich strojów i nieprzyjemny skurcz przy każdym porannym ubieraniu – będzie czy nie będzie pasowało. Wrażenie, że obrzmiewam, że puchnę potęgowało poczucie, że się rozrastam poza kontrolą, ale - szczęśliwe dziecko z czasów sprzed zaburzeń odżywiania – nie łączyłam tego z posiłkami.

***

Niemowlęta rosną przez sen – mawiają stare babki, noworodki się beztrosko rozszerzają z rozmiaru 56 w 62 i dalej, dalej, zacznie chodzić, to wybiega krągły brzuszek, podbródek i obwarzanki ud. Dziecko rośnie, smukleje i nie przykładając do tego wagi dorasta rodzicom do pasa, pod pachy, kiedy ty tak wyrosłeś! zachwycają się babki. A później delikwent czeka na pierwszy zarost, żeby mieć wreszcie paręnaście lat, a delikwentka - aż jej urosną piersi i kiedy wreszcie trądzik się zatrze. Z każdym rokiem jest lepiej (może będę wreszcie ładna w przyszłe lato?, schudnę, zapuszczę włosy, poćwiczę talię). Przychodzi lato i ona ma płaski brzuch, napiętą skórę, a zamiast ptasiej anoreksji – pełne kształty. On ma z metr osiemdziesiąt i panuje nad wszystkimi mięśniami, w wyskoku do kosza albo z trampoliny kontur tkanek bez zagnieceń zarysowuje się regularnie.
Myśli – poćwiczę jeszcze i za rok dopiero im pokażę ...

A później pstryk.

Nawet nie musisz patrzeć, i tak wiesz – z dotyku, z przeczucia, samo ciało ci to zgłasza, że odtąd z każdym dniem już nie będzie lepiej, mocniej, ładniej, przeciwnie – już nigdy nie będzie tak, jak jest dzisiaj, jak było wczoraj.
Stajesz przed lustrem i szacujesz spustoszenia, jakie ci wyrządził czas. A to dopiero preludium.

Na zdjęciach sprzed roku jeszcze nie widać tej zmarszczki między brwiami. Na zdjęciach sprzed pięciu lat twarz z lustra jest co prawda podobna, ale jaśniejsza, bardziej świetlista, gładsza.

To jak Portret Doriana Graya à rebours, lustro podaje karykaturę, prawdziwe oblicze jest na starych fotografiach. Któregoś dnia idziesz ulicą i mijasz w oknie wystawowym nie swoje odbicie w twoich butach i ubraniu. Unosisz rękę, cudze odbicie powtarza gest. Obraz siebie, który nosisz w sobie oddala się z czasem od realiów.

I abstrahuję tu od idiotycznego kultu gładkich twarzy po paraliżu jadem. Z obrzydzeniem myślę o historii pewnej prezenterki telewizji - bodaj amerykańskiej - której, kiedy przekroczyła pięćdziesiątkę, zaproponowano operację plastyczną na koszt koncernu albo przesunięcie do odpowiedzialnych zadań poza wizją.

Bo ludzie podobno nie lubią oglądać pomarszczonych twarzy. Stawiam łatwą tezę, że to dlatego, że zmarszczki dowodzą przemijania. A kto ma dobrowolną ochotę konfrontować się z przemijaniem. Twarz więdnie, korpus się zapada, ramiona się nachylają nad wyschłymi piersiami. Spódnica z trudem maskuje patykowate nogi. Szponiastych palców nie wygładzi żaden balsam.

Nasz prawdziwy obraz zatrzymały stare fotografie i pamięć.
Zwierciadła kłamią.


rys. Joanna Ławniczak




Od redakcji:
Od dzisiaj egze-geza ilustrowana. Do ekipy niezobowiązująco dołączają grafiki ławniczak.rysuje.
Cieszymy się, witamy.

_____________________________________________________

zimno, ty gezo - bezo fstrętna,
znowu mnie prowokujesz.
co ja Ci mam powiedzieć, no co?
cholera jasna.



‎- jestem taka stara i brzydka... byłam już nawet u chirurga plastycznego...
- i co powiedział?
- że taniej będzie ogon przyszyć.



a ja uważam, że ładnie się starzeję.
lubię siebie. zawsze lubiłam.
lubię moje zmarszczki, piegi, ciapki, plamki i siwe włosy.
jestem z siebie zadowolona.
im jestem starsza, tym lepiej czuję się ze sobą, tym bardziej akceptuję siebie.
zaś jak wskazują statystyki przeżywalności na raka żołądka w moim stadium zaawansowania, jestem na dobrej drodze, żeby uniknąć problemu starzenia się.

problem stanowi narastająca, starcza niemoc.
jestem menopauzie, która bez mojego przyzwolenia wiele zmieniła - zarówno w ciele jak i w umyśle.
nie dawałam jej zgody na odzieranie skóry z estrogenowej jędrności i lipidowego blasku.
nie pozwoliłam jej na niszczenie entuzjazmu, élan vital, libido, czy na odbieranie energii do gór przenoszenia.
ograniczenia wynikające z choroby - ból, zmęczenie również rozmywają kolory życia.

czuję się biologicznie stara, zużyta. oszukana, pomylona.

każdego dnia podżegam siebie do buntu i walczę o przynależenie do osób w wieku średnim: makijażem, szalem, obcasikiem, godnościom osobistom.

z każdym dniem jednak moja klisza blednie, coraz więcej w niej sepii, coraz mniejsze ISO.





zastanawiam się, kiedy moje starania dotyczące trzymania się w ryzach staną się groteskowe.
a może już są?