Rozmawiałam kiedyś z pewną Oświeconą o tym, dlaczego współczesne młode kobiety nadal ślepo brną w macierzyńskie wzorce swoich matek i teściowych.
Dlaczego – oczytane, błyskotliwe i wykształcone dają się wciskać w żelazny gorset bycia kurą domową (chociaż raczej powinnam chyba rzec nie „gorset” a „rozczłapane pantofle domowe”).
Dlaczego siadają przy dziecku na brzegu piaskownicy na rok, dwa, na pięć i sypią babkę za babką i wprawiają huśtawkę w ruch z myślą, że ich własne życie wisi teraz na kołku. Że żyją cudzy scenariusz.
Dlaczego gotują pożywne obiadki ze łzami, za to z produktów eko i wielodaniowe.
Dlaczego te niezamężne (ale i nie samotne) czerwienieją przy rodzinnym rosole na pytanie o to, kiedy ślub i kiedy wnuk.
Doszłyśmy wtedy, w czasie rozmowy z Oświeconą, do wniosku, że nie ma surowszych sędziów, niż kobiety dla kobiet.
Nic tak nie deprymuje, jak mimochodem rzucona przez własną matkę uwaga, że ona, matka, się nie spodziewała natknąć u córki na obiad podgrzany w kuchence mikrofalowej. Bohaterskie te, które odważą się bronić, że:
- Ależ mamo, pracowałam dzisiaj dziesięć godzin poza domem!
I cóż bardziej motywującego od najbliższej przyjaciółki wypytującej o szczegóły tego, czym karmisz niemowlę. Jeżeli ona karmi/karmiła piersią a ty butelką, skrytykuje cię za pochopną rezygnację z cennych przeciwciał i unikatowej więzi, jaka łączy matkę i wiszącą jej u piersi istotę. Jeżeli jest na odwrót, wyśmieje cię, że dajesz się laktacyjnie terroryzować.
Feministki spierają się, która ma dłuższego i bardziej radykalne poglądy.
Kobiety domowe półgębkiem forsują wśród koleżanek swoją, słuszniejszą teorię gotowania pierogów.
A każda najchętniej słucha własnego głosu. Każda chce być prymuską we własnych oczach.
A ja tak! A ja tak! A ja tak!
Skaza grzecznej dziewczynki ciągnie się za nami, jak ogon, jest jak kula u nogi. Jeżeli już coś robimy, musimy w tym osiągnąć mistrzostwo, chociaż kryteria zwycięstwa często ustalamy same ze sobą.
Codziennie zmyta podłoga w kuchni.
Codziennie świeży obiad.
Wyprasowane wszystkie koszule.
Dzieci na maksymalnej liczbie zajęć dodatkowych.
Wygrałam!
Muszę być pierwsza w każdych zawodach.
… ja niby nie muszę, ale jednak muszę.
A Ty, przyjaciółko?
_________________________________________________________
moja miła prymusko,
Twoje ciśnienie na bycie Super Kobietą jest całkiem moje.
tak, też jestem idealna.
choroba, co prawda, zredukowała mój zakres możliwości, ale nadal staram się najlepsza.
podpierając się nosem rozwieszam w nocy pranie (sama, sama zrobię, nie pomagaj! - musztruję Niemęża).
sama zmywam naczynia, odkurzam z kłębów kociej sierści dywan, przelewam pieniądze, ślę listy, a pojawiające się oferty pomocy ignoruję.
dam radę! jestem dzielna! jestem samodzielna!
to prawdziwe przekleństwo, ja wiem.
może to błąd w systemie, który wynika z tego, że przestałyśmy żyć w wielopokoleniowych rodzinach, gdzie w sposób naturalny wspierałyśmy się nawzajem rozmowami i wymianą doświadczeń?
może piekło kobiet ma głębszy, biologiczny sens?
może to twórczy spór?
może my, kobiety, robimy to sobie, by stymulować się do poszukiwań optymalnych, życiowych rozwiązań?
rzecz jasna moc widziałabym w dialogu, a nie - w apodyktycznych werdyktach co lepsze - poród dołem czy cesarka.
pozdrawiam,
egzechustka